W połowie marca 2026 roku odwiedziliśmy Maroko, kierując się trasą Trans Morocco Trail (https://transmoroccotrail.org/). Byliśmy grupą 4 motocykli i zaczęliśmy z Malagi w Hiszpanii, gdzie nasze motocykle dojechały ciężarówką, a my dolecieliśmy samolotem. Wyjazd trwał 17 dni i ja przejechałem 4,326 km. Temperatury były skrajne, od -2°C rano w górach Wysokiego Atlasu aż do 28°C przy Saharze. Deszcz zlał nas tylko dwa razy na odcinkach przelotowych, na samej trasie TMT mieliśmy znakomitą pogodę, no może z wyjątkiem wiatru 14 m/s na Saharze.

Wstęp
To moja pierwsza wyprawa do Maroka, ale myślałem o tym kierunku już wiele razy. Pamiętam, że w latach 90. wiele osób zainteresowanych motocyklami pasjonowało się rajdem Paryż Dakar, a migawki motocyklistów łatwo zapadały w pamięć. Pamiętam też, że na początku lat 2000 chciałem dojechać do Maroka moim pierwszym prawdziwym motocyklem Yamaha Super Tenere 750, ale był to wysłużony sprzęt, który miał złą historię, najprawdopodobniej był „popowodziowy”, a ja nie miałem wystarczającej wiedzy i doświadczenia. Tamta podróż skończyła się przed Francją, ale szczęśliwie wróciłem „na jednym garze” do domu. Tamten wyjazd mnie sporo nauczył o tym, jak się przygotowywać do podróży 🙂.
Czym ten wyjazd różni się od moich poprzednich? Po rozważeniu możliwych terminów oraz opcji dojazdu zdecydowałem się pierwszy raz w życiu wysłać motocykl transportem na ciężarówce, a sam dolecieć samolotem do Malagi i dopiero stamtąd ruszyć do Afryki. Druga różnica to termin: wybrałem marzec, bo podobnie jak w listopadzie, w Maroku na pustyni jeszcze nie jest zbyt gorąco, a w górach już powinno być w miarę ciepło i drogi powinny być przejezdne po zimie.
Trzecia sprawa to towarzystwo: zorganizowaliśmy grupę 4 motocykli: z Waldkiem na Norden 900 znaliśmy się z wyjazdu do Iranu. Darek na KTM 790 jest jego znajomym, a Sławka na Tenere 700, takiej jak moja, dopiero poznaliśmy przez Internet. Wybór terminu w marcu okazał się dodatkowo wygodny, bo w tym miesiącu w Polsce niewiele się dzieje i sezon motocyklowy jeszcze nie jest rozpoczęty, a taka wyprawa znacząco go wydłuża.
Organizacja transportu dla motocykli okazała się dużo prostsza, niż się spodziewałem. Okazało się, że w Polsce jest sporo firm organizujących przewozy motocykli na południe Europy. Przy okazji okazało się, że osoby z zasobniejszymi portfelami nawet zostawiają swoje motocykle tam na całą zimę i dolatują sobie na ładne weekendy, czy krótkie urlopy, żeby tam pojeździć, gdy w Polsce jest mróz. Wybraliśmy ofertę Mototurist (https://mototurist.pl/), bo jej harmonogram oferował najdłuższy czas w Maroku, inne firmy, które rozważałem, pozwalały tylko na 9-10 dni, a my potrzebowaliśmy więcej. Cała organizacja transportu, oprócz zdalnego podpisania umowy i wpłacenia zaliczki, ograniczała się do odstawienia motocykla we wskazane miejsce. Dzięki temu, że z motocyklem mogłem nadać jeszcze dodatkową torbę z butami enduro, kombinezonem i kaskiem, to do samolotu wsiadłem tylko z małym plecakiem z elektroniką i, w ostatniej chwili zapakowaną, podpinką. Gdy motocykl już był transportowany, to oglądając prognozę pogody, uświadomiłem sobie, że na większości obszaru Maroka nie będzie ciepło, temperatury miały oscylować około 10-15° C, a w górach miało być jeszcze zimniej. Mój optymizm podnosiła prognoza na około 20-24° dla obszarów południowych przy Saharze.
Jako sposób na zwiedzanie Maroka wybraliśmy przejechanie trasy Trans Morocco Trail od Nador tak daleko, jak czas nam pozwoli, a w drodze powrotnej zwiedzanie Marrakeszu oraz słynnej niebieskiej wioski. Miesiące przed wyjazdem poświęciłem na przeczytanie dwóch przewodników: turystyczny i Morocco Overland (https://transmoroccotrail.org/book/) autorstwa Chrisa Scotta, który okazał się współautorem znacznej części trasy TMT. Ta druga pozycja okazała się bardzo wartościowa, bo opisuje specyfikę podróżowania po tym kraju z perspektywy także motocyklisty (poza tym jeszcze jest dla miłośników samochodów 4×4 i podróży rowerami).
Uwagi ogólne dotyczące podróży motocyklem w Maroku
- na promie z Almerii do Nador odbywa się procedura przekraczania granicy i tymczasowego importu pojazdu (nie ma opłat)
- żeby mieć internet w telefonie karty e-sim zadziałały od ręki, fizyczną kartę sim można było też kupić w pierwszym sklepie spożywczym
- działa internet przez komórkę (z wyjątkiem „odludzi”) i w hotelach jest WiFi, choć różnej jakości
- gotówka z € na dirhamy marokańskie (MAD) można było wymienić w pierwszym sklepie, a także w banku w Merzouga
- dostępność paliwa nie stanowiła problemu, większość stacji wygląda współcześnie, jest m.in. znana sieć Shell
- ceny noclegów: 200-330 MAD z kolacją i śniadaniem, najczęściej 300 – praktycznie każdy nocleg oferuje wyżywienie, więc nie warto nastawiać się na własne gotowanie
- język francuski jest bardziej popularny niż angielski
- ramadan: miesięczny post, w czasie którego muzułmanie nie jedzą od świtu do zmierzchu i otwarte tylko sklepy, a kawiarnie i restauracje tylko w miejscach turystycznych, wyżywienie oferują też hotele dla turystów
- w sklepach jest dobre pieczywo i nabiał
- w hotelach są dobre kolacje i śniadania, choć nieco monotonne – dużo dżemów, brak wędlin
- drogi są przyzwoitej jakości ale jeszcze odbiegają od standardu europejskiego, dużo się buduje, bywają rozbieżności względem mapy, bo droga RR z 3 cyframi zaznaczona na żółto (większa) może okazać się mieć kamienistą (RR601 na odcinku „H”) lub błotnistą nawierzchnię (RR110)
- hotele często są nieogrzewane, a jakość pościeli słaba, więc warto mieć swój śpiwór
- opcja „wege” poza miejscami turystycznymi (Merzouga, Zagora) jest praktycznie nieznana
- działa Google Maps i OSM, ale do nawigacji motocyklowej Garmin trzeba dokupić dodatkową mapę „Afryka Północna” (tak zrobił Waldek) lub zaimportować z OpenStreetMap (tak zrobiłem ja)
- kartami płatniczymi raczej nie można płacić, nawet na stacjach paliw nie akceptują kart albo doliczają 3% dodatkowej prowizji, raz nawet zdarzyło się, że na pytanie o kartę potwierdzili, a gdy przyszło do płacenia, to zażądali gotówki – logotypy Visa/Mastercard na szyldach nie mają znaczenia
- dostęp do alkoholu w małych miejscowościach jest praktycznie niemożliwy, koledzy znaleźli tylko w większym hotelu w Merzouga i w Marrakeszu
- jest drobny problem z dziećmi w małych miejscowościach, które niekiedy na widok motocykli biegną do drogi prosząc o pieniądze, jednak nasza taktyka przyjaznego machania i nie zatrzymywania się działała, choć dwa razy zdarzyło się że jedno z dzieci rzuciło w naszą stronę małym kamieniem (na dziesiątki mijanych miejscowości)
Uwagi do drogi TMT (Trans Morocco Trail)
- prowadzi w większości mało turystycznymi obszarami, przez co można zwiedzić autentyczne Maroko, zdecydowanie inne niż np. okolice Marrakeszu
- w większości prowadzi lokalnymi drogami gruntowymi uczęszczanymi przez lokalsów, więc są one przejezdne i nietrudne w nawigacji, również te po pustyniach
- technicznie trudniejszymi miejscami są wyschnięte koryta rzek (często są piaszczyste lub kamieniste, a zjazd i podjazd z/na brzeg mogą być strome), kamieniste przełęcze górskie (z podjazdami z wąskimi zakrętami) oraz w obszarze pustynnym (J, K) pojedyncze łachy piachu
- przydaje się umiejętność jazdy terenowej oraz przygotowanie kondycyjne umożliwiające wielogodzinną jazdę na stojąco na podnóżkach – osoby z doświadczeniem wyłącznie szosowym mogą się szybko zmęczyć
- optymalny jest lekki motocykl o ciężarze ok 150 kg (Honda 300, Husqvarna 701) ale na średnich (Tenere 700) trasa była przyjemnością, czy nawet ciężkim Norden 900 dało się przejechać, tylko trzeba mieć opony 50/50 lub nawet 80/20 na odcinki piaszczyste oraz miękkie torby, a nie kufry, żeby nie zrobić sobie i im krzywdy – z naszej czwórki tylko Sławek na Tenere nie miał żadnego upadku
- moim zdaniem na TMT jest łatwiej niż na trasach ACT bo zagęszczenie trudniejszych odcinków jest mniejsza
- odległość od cywilizacji jest większa, więc warto mieć lokalizator satelitarny i zapas wody
- dostępność stacji paliw jest wystarczająca, odcinki pomiędzy tankowaniami wynosiły po 100-150 km
- podział na odcinki daje możliwość zaplanowania przerw i noclegów, bo co do zasady zaczynają się w mieście lub przy głównej drodze (⚠️ z wyjątkiem E/F, które łączą się na skrzyżowaniu w „szczerym polu”)
Poniżej pełna historia naszej podróży.
7 marca – sobota: przejazd z Malagi do Almerii i zaokrętowanie się nam prom
Ja przyleciałem do Malagi około 13:00, spotkaliśmy się z Waldkiem, Darkiem i Sławkiem w restauracji koło miejsca, gdzie miały przyjechać nasze motocykle. Gdy niedługo potem przybyły przebraliśmy się w ubrania motocyklowe, zostawiliśmy w busie niepotrzebne rzeczy i pojechaliśmy na stację się zatankować, bo zgodnie z regułami transportu zbiorniki motocykli były niemal puste.

Po 3 godzinach niespiesznej jazdy ładnymi autostradami dojechaliśmy do Almerii, gdzie w przystani promowej odebraliśmy nasze bilety. Było trochę nerwowo, bo dla 4 osób i motocykli dostaliśmy 3 druki biletów, ale były na nich wszystkie nasze nazwiska, a obsługa zapewniała nas, że niczego nie brakuje. Korzystaliśmy z oferty operatora Balearia (https://www.balearia.com/en).

W kolejce do załadunku nie było bardzo dużo pojazdów, a oprócz naszych motocykli był jeszcze jeden, KTM 1290 Francuza, który kierował się do Dakaru.

Na prom wjechaliśmy motocyklami jako pierwsi i we wskazanym miejscu przyczepiliśmy je otrzymanymi pasami. Koledzy zostawili część bagaży i kaski przy motocyklach, ja swoje na wszelki wypadek zabrałem do kajuty.

Gdy odebraliśmy klucz do kajuty, to okazało się, że musimy jeszcze wypełnić jakiś druk i ustawić się do kolejki przy recepcji promu. Kolejka bardzo szybko się wydłużała, więc mimo że staliśmy w ciężkich ciuchach, to niechętnie zostaliśmy. Okazało się, że to część procedury imigracyjnej, a kolejkę obsługiwali urzędnicy marokańscy, którzy w swoich walizkowych terminalach zapisywali nasze dane i wstemplowali nam wizy. W konsternację wprawiło nas pytanie, gdzie będziemy nocować w Maroku, ale ostatecznie wystarczyła nazwa jednego z hoteli, który mieliśmy zarezerwowany w Marrakeszu. Druga, krótsza, kolejka była do urzędnika celnego, który spisał numery naszych motocykli i wydał nam karteczkę „tymczasowego importu” upoważniającą do przebywania z motocyklem do 6 miesięcy. Nie było żadnych opłat.

Po tej męczącej procedurze poszliśmy spać do kajuty, ja zapobiegawczo z zatyczkami do uszu 😉
8 marca – niedziela: sekcje „A” i „B”

Po zjeździe z promu zrozumieliśmy, że to, że teraz w Maroku jest ramadan, czyli ich okres postu, to tu, na mało turystycznym wschodzie, do 19:00 restauracje są nieczynne 😬 – uratowaliśmy się zakupami w małym sklepie spożywczym, w którym też bez problemu udało nam się wymienić euro na marokańskie dirhamy i to nawet po zaskakująco dobrym kursie. Sławek bez problemu też kupił tam lokalną kartę sim, którą sprzedawca pomógł mu od razu zainstalować. Waldek, Darek i ja uruchomiliśmy w swoich telefonach karty e-sim (ja od Revolut), które również od razu zadziałały.

Na początku trasy TMT chcieliśmy odwiedzić kawiarnię Cherry&Berry, licząc na naklejkę z logo – niestety była zamknięta jak wszystko w okolicy.

Dwie pierwsze sekcje, które zrobiliśmy tego dnia, nie były trudne, więc łatwo mogliśmy się „wjeździć”.
Na początku trasy droga wspinała się stromo do góry, więc za plecami mieliśmy ładny widok na Morze Śródziemne.

Pogoda była chłodniejsza, niż oczekiwaliśmy w Afryce, bo tylko ok 14°C, ale w terenie i na słońcu było fajnie 🤟
Jeździliśmy tylko do 15:00, bo zmęczenie po nocy na promie dawało się we znaki.



Noc spędziliśmy we wcześniej zarezerwowanym przez booking.com apartamencie „Wassime location” (https://maps.app.goo.gl/zFnjefeB9Yi2wQLr6), który wybrałem, bo miał garaż, jednak na miejscu okazało się, że nie miał. Po przypomnieniu tamtego ustalenia na komunikatorze booking.com właściciel z niechęcią zgodził się, żebyśmy wstawili motocykle do przedsionków klatek schodowych.

Po odświeżeniu się poszliśmy do centrum w poszukiwaniu restauracji. Zgodnie z moimi obawami opcja wege nie istniała, więc od razu zawiesiłem moją dietę, podobnie jak rok temu w Iranie.



9 marca – poniedziałek: sekcje „C”, „D”, „E” i część „F”
Widząc nadchodzące z północnego zachodu załamanie pogody, tego dnia przejechaliśmy oprócz wcześniej zaplanowanych odcinków C i D jeszcze E i część F 🤟, razem 365 km.
Klimat jest niesamowity i trudny do oddania na zdjęciach, film to lepiej pokaże 🤞.
Dzień zaczęliśmy od jazdy po górach, które wyglądały jak z westernów – suche i jałowe.



Między odcinkami wypatrywaliśmy sklepów, żeby zaopatrzyć się w nasze ulubione zestawy lunchowe, tj. chlebki lub bagietki, wodę i jogurty – był to zestaw dostępny niemal w każdym sklepie.

Odcinek „D” okazał się bardziej wymagający technicznie i kondycyjnie, bo droga wielokrotnie przechodziła przez strumienie i rzeki, a w jednym miejscu wymagała pokonania stromego podjazdu wyjeżdżonego przez samochody terenowe – na lżejszych Tenerkach Sławek i ja wjechaliśmy, choć z trudnością, ale cięższy Norden Waldka wypadł z toru jazdy tak pechowo, że upadł w dół z powrotem do koryta rzeki. Wyglądało to dosyć dramatycznie, ale na szczęście skończyło się tylko na ułamanym lusterku.



Odcinek „E” w pierwszej części okazał się szybkim asfaltem, a w drugim naszą pierwszą jazdą po pustyni – okazało się, że to jest to, „co tygrysy lubią najbardziej” 🤩, bo szybka jazda po twardej i całkiem płaskiej nawierzchni była relatywnie bezpieczna i bardzo przyjemna. Doceniliśmy też precyzyjną ścieżkę GPX, po której nawigowaliśmy, bo na pustyni było bardzo dużo przecinających się podobnych śladów samochodów i bez nawigacji nie wiedzielibyśmy, którą wybrać.



Na końcu odcinka „E” nastąpił problem, bo oczekiwaliśmy dobrej dogi, którą moglibyśmy szybko zjechać ze szlaku TMT do hotelu w większej miejscowości na zachód, ale okazało się, że stoimy na skrzyżowaniu na pustkowiu, a RP5110 zaznaczona na mapie OSM nie występuje ani na mapie Garmin Waldka, ani na Google Maps, a w rzeczywistości jest taką samą ścieżką jak TMT. Było już późno i wpadłem w delikatną panikę, że możemy nie zdążyć przed zachodem słońca, bo nawigacja pokazywała ponad 100 km do przejechania, a naszym tempem po ścieżkach TMT zajmowało nam to średnio 3h. Ostatecznie przeglądzie wszystkich map zdecydowaliśmy się zboczyć z odcinka „F” na równoległą drogę RP6105, która na szczęście okazała się szybkim szutrem, a potem po połączeniu z „F”, asfaltem, który potem opuściliśmy na zachód. Skierowaliśmy się do Talsint, a nie Anoual, bo w tym drugim nie było żadnego noclegu.
Do Talsint dojechaliśmy „na styk”, już po zachodzie słońca. Hotel „Hôtel Le Relais Talsint” (https://maps.app.goo.gl/PoDuvt5xp28bgii96) wyglądał na zamknięty, ale na szczęście obsługa była obecna i nie tylko dała nam pokoje, ale też zaproponowała tradycyjną kolację: tadżin z sałatką z pomidorów, chlebem i gorącą herbatę. Tadżin to potrawa, a w zasadzie sposób przygotowania i podania w charakterystycznym spiczastym naczyniu, która miała nam towarzyszyć przez wiele kolejnych wieczorów…

Hotel nie miał swojego garażu, ale zaproponował nam zostawienie motocykli w sąsiadującej wnęce nieużywanej myjni samochodowej, co przyjęliśmy bez marudzenia.

10 marca – wtorek: odcinki „H” i „I”
Rano dostaliśmy tradycyjne marokańskie śniadanie z herbatą nalewaną w charakterystyczny sposób, nalewanej do szklanek z imponującej wysokości.
Odcinek H okazał się niezłą pułapką, bo wg Google to normalna droga „żółta”, więc myśleliśmy, że szybko przelecimy go asfaltem, a okazało się, że w połowie asfalt się skończył, a niedługo dalej droga zaczęła wspinać się na niewysoką przełęcz i zmieniać charakter na coraz bardziej kamienisty. Zjazd z przełęczy okazał się kamienistymi „schodami”, gdzie musieliśmy asekurować Waldka na cięższym Norden, ale ostatecznie pokonaliśmy ten niespodziewanie trudny odcinek. Jak potem sprawdziłem, punkt ten w pliku GPX był opisany jako „rocky descent” z sugestią objazdu, ale nie był wspomniany w opisie całego odcinka, a tamte opisy traktowałem jako poziom trudności.

Dalszy ciąg tego odcinka był już prosty i malowniczy.



W Boudenib zrobiliśmy zakupy na tradycyjny lunch w okresie ramadanu, czyli bułki i jogurty 🙃.

Odcinek „I” zgodnie z opisem okazał się przepiękną pustynią z odcinkami żwirowymi, małymi wydmami i pokonywaniem wyschniętych koryt rzek – rewelacja, tak właśnie wyobrażałem sobie pustynię 🤩.



Odcinek nie był trudny, ale wymagał uwagi – jej chwilowy brak skończył się spotkaniem KTM’a z glebą, co skończyło się uszkodzeniem obudowy umieszczonego na dole zbiornika paliwa.

Uczyliśmy się na tym odcinku też pokonywania krótkich odcinków piaszczystych, najczęściej w wyschniętych korytach rzek.



Ten odcinek kończy się w epickim miejscu nazwanym Cafe Sahara, gdzie kawą okazała się rozpuszczalna Nescafe, jednak w tych okolicznościach smakowała nam wybornie.




Zdecydowaliśmy, że tego dnia pominiemy odcinek „J” i udamy się asfaltem do popularnej i większej miejscowości Merzouga, gdzie zostaniemy na dwie noce, żeby trochę odpocząć i „na lekko” pojeździć po pustyni.
Merzouga okazała się „potwornie turystyczna”, mijaliśmy dziesiątki miejsc noclegowych oraz restauracji, ale oczywiście zamkniętych (ramadan). Pierwszy raz w Maroku wiedzieliśmy wypożyczalnie quadów i motocykli terenowych.

Znalezienie noclegu okazało się nietrywialne, bo booking.com wskazywał nam zamknięte obiekty i zmieniające się z minuty na minutę ceny. Ostatecznie przyjęliśmy ofertę przypadkowego „naganiacza”, który jednak okazał się managerem przyzwoitego riadu (hotelu-willi) „Hôtel Les Portes du Désert” (https://maps.app.goo.gl/VunnjMnUvdoB9vXw9) za 300 MAD za osobę ze śniadaniem i kolacją.



11 marca – środa: odcinek „K”
Zgodnie z planem zostawiliśmy bagaże w Merzouga i „na lekko” wjechaliśmy na odcinek „K” opisywany jako trudniejszy, bo pustynny i wymagający pokonania rzeki. Jako że suchych koryt rzek pokonaliśmy już sporo, to sądziliśmy, że i tamto takie będzie…
Po sprawdzeniu prognozy pogody wiedzieliśmy, że będzie chłodno, ale słonecznie, ale nie zwrócił uwagi na prognozowaną siłę wiatru 14 m/s 🌪🌪🌪. Wiało nam w plecy, więc na początku były śmichy-chichy, ale jak wjechaliśmy w piaski i wiatr te piaski podrywał, to przestało być śmiesznie, bo w tych warunkach nie dało się zdjąć kasku z głowy.


Wyzwaniem okazały się piachy i małe wydmy – ich pokonywanie i sama nawigacja w poszukiwaniu zasypanej drogi były bardzo męczące. Ślady w terenie, którymi się kierowaliśmy, były zostawione przez samochody terenowe, którym pewnie łatwiej było pokonywać piaski, na szczęście ścieżka GPX pozwalała nam wracać do twardszej drogi, nawet jeżeli na dłuższych odcinkach nie mogliśmy jej znaleźć.


Przekroczeniem rubikonu okazało się pokonanie rzeki Rheris. Na szczęście bród był dobrze oznaczony przez ścieżkę GPX, ale zjazd do koryta był tak stromy, że z powrotem byśmy już nie podjechali, więc odwrotu nie było. Sam bród był płytki i twardy, a podjazd na drugi brzeg niezbyt stromy, więc na szczęście w tym miejsc skończyło się tylko na strachu.


Odcinek na zachód od rzeki okazał się coraz trudniejszy, bo konieczne było pokonywanie coraz większych wydm. Na jednej z nich Waldek zakopał Nordena tak, że całe tylne koło zniknęło w piasku. Jednak w cztery osoby sprawnie udało nam się go „rozbujać”, podsypać piasek pod koło i ostatecznie wypchnąć na twardy grunt.


Gdy dojechaliśmy wreszcie do asfaltu, to niemal całowaliśmy tą, wreszcie twardą, nawierzchnię 👍
Tego dnia zrobiłem mniej zdjęć ze względu na trudne warunki, ale film z GoPro powinien oddać te emocje.
Tego dnia popełniłem gafę organizacyjną, która mogła mieć poważne konsekwencje. Już w trakcie jazdy, gdy widziałem już, w jak trudne trafiliśmy warunki, to uświadomiłem sobie, że zostawiłem w hotelu w gniazdku ładujący się komunikator satelitarny Garmin InReach. Więc jakbyśmy mieli jakiś wypadek, to byłoby trudno wzywać pomoc 😬, bo oczywiście na pustyni nie było zasięgu telefonów, a poza samymi okolicami Merzougi przez cały dzień nie spotkaliśmy żadnego pojazdu. Co gorsza, w recepcji hotelu nie powiedzieliśmy, gdzie jedziemy, więc gdybyśmy nie wrócili na noc, to oni by nie wiedzieli, gdzie nas szukać – obiecałem sobie na przyszłość pamiętać o takich szczegółach…

Wieczorem w „Hôtel Les Portes du Désert” kolejne wcielenie potrawy tadżin i, nietypowo, deser inny niż same owoce.



12 marca – czwartek: odcinek „J”
Po przygodach dnia poprzedniego grupa potrzebowała odpocząć i zostać na jeszcze jedną dobę w Merzouga, tym bardziej że prognoza dla Atlasu Wysokiego, gdzie się kierowaliśmy, była niekorzystna.
Korzystając z okazji, razem ze Sławkiem cofnęliśmy się na północ na pominięty wcześniej odcinek „J”. Prowadził on wzdłuż pustyni w mieszanym terenie: trochę szybkich szutrów, kamieniste wjazdy i zjazdy na niewysokie przełęcze, koryta rzek oraz kilka niezbyt trudnych odcinków piasku, w tym niedużych wydm. Ostatni fragment prowadził przy wydmach „Erg Chebbi” – to mega atrakcja, gdzie zjeżdżają się masy turystów oraz miłośników… off roadu, bo można tam jeździć bez żadnych ograniczeń.




Popołudnie spędziliśmy spacerując po miejscowości Merzouga, wymieniając kolejną transzę € na dirhamy i robiąc zdjęcia niezwykle fotogenicznych wydm w blasku zachodzącego słońca.



13 marca – piątek: odcinki „L” i „M”
Z Merzougi wyjechaliśmy asfaltem na zachód, wjeżdżając na asfaltową część odcinka „K”, którego nie zaliczyliśmy 2 dni temu.
W Alnif zatankowaliśmy się i wjechaliśmy na odcinek „L”, który okazał się technicznie prostą, ale spektakularnie piękną widokowo drogą górską – prawie 100 km off-roadu.







Ten obszar chyba rzadko jest odwiedzany przez turystów, bo gdy mijaliśmy rzadkie miejscowości, to ich mieszkańcy patrzyli na nas z dużym zaskoczeniem na twarzach.
Odcinek „M” to na początku bardzo popularna atrakcja turystyczna: wąwóz Dades. Wcześniej nasłuchaliśmy się relacji wychwalających to miejsce, ale fakt, że droga prowadzi niemal ciągle przez tereny zabudowane i jest na niej spory ruch, powodował, że „ogólne doświadczenie” było średnie.


Gdy w kolejnych dniach przejeżdżaliśmy inne wąwozy offroadem, to zgodnie ocenialiśmy tamte miejsca jako ciekawsze niż Dades, więc sądzę, że jego popularność wynika głównie z łatwej dostępności dla samochodów i autokarów.

Za wąwozem zaczęła się wielokilometrowa wspinaczka na przełęcz 2900 m npm, gdzie spotkaliśmy jeszcze resztki śniegu, a temperatura spadła do 8°C. Cały odcinek „M” jest świeżo wyasfaltowany, więc mogliśmy cisnąć ograniczani tylko resztką naszego zdrowego rozsądku 🤟.

Do miejscowości Imilchill na 2000 m npm dojechaliśmy tuż przed zmrokiem, a na miejscu okazało się, że hotel, który zarezerwowaliśmy z drogi, jest zamknięty na głucho. Na WhatsApp zobaczyłem wiadomości od właściciela z przeprosinami, a booking.com na szczęście bez dyskusji zwrócił pieniądze. Miasteczko było małe, ale na szczęście szybko znaleźliśmy inny otwarty hotel „Auberge Jardins” (https://maps.app.goo.gl/b93HXenDShgmFFvg9), w którym właściciel zaoferował nam także kolację.

Okazało się, że głównym sposobem ogrzewania hotelu jest tradycyjny piecyk-koza na drewno, który jednocześnie służy do gotowania wody na herbatę – byliśmy mocno wymarźnięci, więc z wielką przyjemnością przyjęliśmy te udogodnienia. Motocykle stały na parkingu przed hotelem.



14 marca – sobota: fragment odcinka „P” w Wysokim Atlasie
Poranek w Imilchil zaczął się mroźnie od -2°C ❄️❄️❄️, ale pogoda była przepiękna, z entuzjazmem fotografowaliśmy szron na siedzeniach motocykli.



Pominęliśmy odcinek „N/NN”, bo z opisu wyglądał na zbyt trudny dla ciężkiego Nordena Waldka. Z Imilchil dojechaliśmy do Anergui od północy asfaltową drogą górską, było szybko i widokowo, tylko zimno.






W Anergui, która była małą miejscowością, żaden z małych sklepików spożywczych nie miał pieczywa, co w Maroku zdarzyło mam się pierwszy raz. Więc zamiast tradycyjnego lunchu z jogurtami zjedliśmy batoniki przywiezione jeszcze z Polski.
W Anergiu zaczęliśmy odcinek „P” – droga kanionem wzdłuż rzeki Assif Meloul była epicka 🤩, więc wczorajszy kanion Dades wspominaliśmy jako dużo mniej ciekawy i przereklamowany.



Pod koniec dnia droga przełęczami po 2700 m npm dała nam w kość, momentami temperatura spadała do… 4°C ❄️.



Noc spędziliśmy w górskiej miejscowości Tabant w hotelu „Dar Sihamou” (https://maps.app.goo.gl/eLuywFUnDjUn43y17), gdzie tradycyjnie dostaliśmy także posiłek.


Obiekt był urządzony bardzo tradycyjnie i surowo, ale ze smakiem. Nieoczywista była sprawa ogrzewania, bo byliśmy zapewniani, że jest, ale ostatecznie okazało się, że chodziło o… grube koce, które były w pokojach. Część z nas użyła swoich śpiworów i było ok, ale to był punkt naszego wyjazdu, gdzie dotarło do nas, że starsze budynki poza miastami co do zasady nie mają ogrzewania i trzeba być na to przygotowanym. Motocykle stały na parkingu przed hotelem.



15 marca – niedziela: fragment odcinka „P” i odcinek „Q” w Wysokim Atlasie.
Jak zaczynaliśmy jazdę, to było 2°C.

Druga część odcinka „P” z Tabant na południe to był podjazd, a potem 3 wysokogórskie przełęcze na wysokości niemal 3000 m npm. Droga przez północne, bardziej zacienione zbocze e górnym odcinku była trudniejsza, bo z zalegającego po bokach śniegu ściekała woda i na drodze zrobiło się błoto z kawałkami lodu, więc musieliśmy jechać ostrożnie i powoli.



Po stronie południowej śniegu prawie nie było, więc jechaliśmy szybciej po suchej nawierzchni.


Potem zaczęliśmy się wspinać na drugą przełęcz, znowu coraz bliżej poziomu, gdzie leży śnieg.



I na kolejną, najwyższą przełęcz…


Ostatni zjazd na południe, to już była sama przyjemność.

Na końcu odcinka „P” przejechaliśmy przepiękny wąwóz, gdzie nagle zrobiło się bardzo ciepło.


Z kolei odcinek Q to szybkie i nietrudne szutry przez krajobrazy niczym wyjęte z westernów.



Jak skończyliśmy jazdę tego dnia, to termometry w motocyklach pokazywały 28°C 🙂, więc różnica od początku dnia była olbrzymia.


Po znalezieniu hotelu „Kasbah Ennakb” (https://kasbahennakb.com/) w Nkob mieliśmy ciekawą okazję nieświadomie wprosić się na marokańską kolację, która w ramach ramadanu jest w restauracji wydawana za darmo. Właściciel sugerował nam iść do naszego hotelu, ale my, sądząc, że wszystko jest tam zamknięte, uparliśmy się, że tam musimy zjeść, więc dostaliśmy to, co pozostali goście: zupę i pieczywo. Po całym dniu głodówki smakowało wybornie 👍.
Po powrocie do hotelu trafiliśmy na innego menadżera, który doskonałym angielskim zaproponował nam… całą kolację. Zgodziliśmy się chętnie, bo tamta opcja „ramadanowa” była niezbyt duża, jak na cały dzień bez jedzenia. Wspomniany menadżer okazał się bardzo rozmowny, więc chętnie odpowiadał na nasze pytania, zachwalając Maroko jako wspaniały „wszystkomający” (góry, pustynie, morze i ocean oraz zasoby naturalne i obiekty historyczne) i jeszcze niezagospodarowany kraj podobny do dziewicy… Również swojego króla oraz wiarę muzułmańską opisywał w szczerych superlatywach, przy czym to drugie powodowało u nas dysonans poznawczy, bo ograniczenia wynikające z ramadanu nieźle dawały nam w kość.



16 marca – poniedziałek: odcinek „R” i fragment „S”
Odcinek „R” okazał się relatywnie szybki i nietrudny, prowadził lokalnymi drogami przez skaliste wąwozy ponownie przypominające scenerie z westernów.




Ciekawym epizodem było spotkanie dwóch motocyklistów jadących z naprzeciwka na lżejszych motocyklach Husqvarna 701 – okazali się Polakami, ekipą ze śląska jadącymi trasę TMT w przeciwnym kierunku. Z zazdrością podziwialiśmy ich lżejsze o 50 kg motocykle, a potem wspominaliśmy je w kolejnych dniach jako lepszą opcję na tutejsze szlaki.

W Zagorze – większe i „turystyczne” miasto – pierwszy raz na naszej wyprawie znaleźliśmy restaurację otwartą mimo ramadanu i zjedliśmy lunch. Tam też zrobiliśmy sobie to zdjęcie przed kierunkowskazem do Timbuktu po drugiej stronie Sahary – podobno stąd ruszały kiedyś karawany.

W Tagounite próbowaliśmy bezskutecznie znaleźć nocleg, ale wszystkie miejsca wskazywane przez booking.com okazywały się zamknięte. Miejscowość ta wydała nam się najbardziej zaniedbaną spośród dotychczas odwiedzonych, mimo że na ulicach było bardzo dużo mieszkańców.
Ostatecznie znaleźliśmy nocleg 5 km na północ w odległym od innych zabudowań pojedynczym starym pustynnym berberyjskim domu „Kasbah Mashallah | Légendes berbères” (https://maps.app.goo.gl/Y3LVuDRZFGw9X4QM9), który okazał się być czynny i naturalistyczny do granic możliwości – niskie drzwi spowodowały guzy u dwóch z nas…

Przed wieczorem zostawiliśmy bagaże i z Darkiem na KTM na lekko wjechaliśmy na rekonesans na odcinek „S” na pustynię. Odcinek, który przejechaliśmy, nie doprowadził nas jeszcze do trudniejszych fragmentów piaszczystych, te, którymi jechaliśmy, były kamieniste. Zabawę mieliśmy przednią i ja wycisnąłem wszystko z zawieszenia mojej Tenerki, lecąc po kamieniach z prędkością do 80 km na godzinę i skacząc przez niewielkie piaszczyste wydmy. Z zazdrością patrzyłem na pracę zawieszenia KTM, które wydawało się płynniej wybierać nierówności i pozwalać Darkowi jechać jeszcze szybciej. Po około 50 km zawróciliśmy i pogoniliśmy nasze motocykle z powrotem po tej samej trasie, ciesząc się dodatkowo widokami pustyni oświetlanymi promieniami słońca zachodzącego za naszymi plecami – to obraz, który pewnie zapamiętam do końca życia 👍

Na kolację, zupełnie niespodziewanie w surowych okolicznościach berberyjskiego domu, zaproponowano mi opcję wege, która okazała się wyborną potrawą z soczewicy.




17 marca – wtorek: odcinek „T”
To był nasz ostatni dzień na trasie TMT: ominęliśmy asfaltem pustynny odcinek „S”, bo po wczorajszym rekonesansie i opinii dwóch spotkanych Polaków na H701 wydał nam się zbyt męczący na ciężkie motocykle.

Przejechaliśmy nietrudny odcinek „T”, który prowadził w większości nowiutkimi asfaltami i na końcu krótkim odcinkiem szutrowym. Część trasy prowadziła doliną z płynącą rzeką przez małe miejscowości, gdzie przy drodze rosły dorodne palmy, ten widok był bardzo malowniczy.




Na nocleg zatrzymaliśmy się w nieturystycznej miejscowości Tazenakht, gdzie jednak był działający hotel „Hôtel Taghadoute” (https://maps.app.goo.gl/Cr8fQQxG5MKSqGBW9). Jednak jak się okazało, byliśmy tam pierwszymi gośćmi od dłuższego czasu, więc pokoje były niebyt posprzątane i ogólny stan raczej niski…



… ale rekompensowała to także niska cena 200 MAD, to jest około 80 zł za jedynki ze śniadaniem i kolacją 👍.



18 marca – środa: drogi RR112 i RR110
Początkowy plan był taki. żeby przejechać całą drogą RR110 trawersem ze wschodu na zachód masyw górski, w którym znajduje się najwyższy szczyt Maroka Tubkal (4167 m n.p.m.). Jednak po przeglądzie map, zdjęć satelitarnych i podsumowania od AI uznaliśmy, że wschodni fragment tej trasy może być zbyt trudny, bo woda ze śniegu może powodować błoto na podjazdach.
Ostatecznie zgodziliśmy się na objazd drogą RR112 do położonej mniej więcej w połowie drogi RR110 miejscowości Askaoun, który okazał się ładną i bardzo krętą drogą górską, ale w pełni asfaltową.


W Askaoun skręciliśmy na wschód „pod prąd” drogi RR110, żeby sprawdzić, jak wyglądał odcinek, który pominęliśmy, uznając za zbyt trudny – przejechaliśmy około 60% dyskusyjnej części i okazała się faktycznie nierówna i błotnista, ale szeroka i „solidnie” poprowadzona, gdybyśmy rano zdecydowali się jechać całość, to zapewne udałoby się nam to.



Wróciliśmy do Askaoun i odcinek na zachód od tej miejscowości okazał się w pełni asfaltowy. Wiódł bardzo krętymi serpentynami, a ich liczba i wygląd przypominał nam „przereklamowaną” przełęcz Stelvio, z tą zasadniczą różnicą, że tu byliśmy niemal sami.

Na nocleg dojechaliśmy do popularnego wśród turystów miasta Taroudant, nazywanego małym Marrakeszem. Na booking.com znaleźliśmy śliczny, choć nietani hotel „Palais Taroudant” (https://maps.app.goo.gl/h4acaiAWRzkTQNwL6) w samym centrum. Niestety parking z opisu okazał miejscem na ulicy, z którym mieliśmy pierwszy niefajny incydent: na motocykle zaczęły siadać i bawić się nimi okoliczne dzieci, na oko wyglądające na „mniej grzeczne”. Odgonił je pracownik hotelu, ale zasugerował nam jednocześnie, żeby motocykle zaparkować na nieco oddalonym parkingu dozorowanym (https://maps.app.goo.gl/HDgHSUbUg7Vwe1Ub8). Zastosowaliśmy się do tej sugestii i wykorzystaliśmy do zrobienia tak zwanego „pomidora”, czyli „Powolnego Objazdu Miasta I Dookoła Rynku” wzbogaconego o możliwość jazdy bez kasku, który w Maroku nie jest wymagany i w miastach raczej rzadko stosowany.
Największą atrakcja miasta są oryginalne wielowiekowe mury, starówka i bazar.





Na koniec dnia zjedliśmy po raz kolejny tradycyjną kolację, tym razem podaną na dachu.



19 marca – czwartek: droga N7
Droga N7 jest jednym z dwóch możliwych połączeń Taroudant do Marrakeszu. Jest krótsza, ale wolniejsza, bo prowadzi przez góry blisko najwyższego szczytu Maroka przez piękną przełęcz Tizi N’Test na 2100 m npm., gdzie jest maleńka kawiarnia.


Sama droga jest bardzo ładna, ale gdy jechaliśmy, to niestety była intensywnie remontowana, więc nasze wrażenia były pomniejszone przez konieczność wyprzedzania w kurzu wolno jadących samochodów przez tymczasowe odcinki szutrowe. Na pewno za rok-dwa będzie tam piękny asfalt pozwalający zaplanować genialną wycieczkę z Marrakeszu pętlą trasą N7 do Taroudant, potem na wschód do Warzazat, a potem z powrotem do Marrakeszu podobnie malowniczą i prowadzącą przez góry drogą N9.




Nocleg na dwie kolejne noce mieliśmy wcześniej zarezerwowany w hotelu „Hôtel Palais Al Bahja” (https://maps.app.goo.gl/Cwfi9SLvttfbuWSb8) ze względu na garaż podziemny.
Wieczorem podzieliliśmy się na grupę okupującą pub dla obcokrajowców…


… i grupę zwiedzającą miasto.



20 marca – piątek: zwiedzanie Marrakeszu
Marrakesz to zupełnie inne Maroko, niż to surowe i biedne, które zwiedzaliśmy wcześniej: piękne wille na przedmieściach, szerokie aleje z drogimi hotelami, sklepami i galeriami handlowymi, drogie samochody, puby z alkoholem i pełno turystów. Gdybyśmy trafili tu bezpośrednio, to uznalibyśmy, że jesteśmy gdzieś na bogatym wybrzeżu Hiszpanii, a nie w Afryce.

Zwiedziliśmy medinę, Pałac Bahia, Pałac El Badi, i parę razy główny plac miasta Jemaa el-Fnaa – w ciągu dnia i wieczorem. Zwiedzanie pierwszego z tych pałaców nie było przyjemne przez tłum rozpychających się turystów, przypadkiem trafiliśmy w godzinę największego ścisku.





Mi osobiście najbardziej podobały się miejsca nieco oddalone od głównego placu i popularnych szlaków turystycznych, gdzie było mniej ludzi, a sklepy i kawiarnie były bardziej nastawione na klientów lokalnych.





Tego dnia był koniec ramadanu, więc wieczorem miasto pełne ludzi wyglądało imponująco.


21 marca – sobota: zwiedzanie Szafszawan (Chefchaouen)
Tego dnia mieliśmy do pokonania „niewybitny” przejazd autostradą z Marrakeszu koło Casablanki i Rabatu, niestety w strugach deszczu. Było kilka bramek ale płatności przyjmowała obsługa i nasze karty działały bez problemu.
Od miejscowości Kenitra jechaliśmy już lokalnymi drogami – ładnymi, ale zatłoczonymi, więc walczyliśmy wyprzedzając dziesiątki samochodów niczym w Polsce w latach 90-tych 🫣. Zabawa była przednia, ale chyba dosyć niebezpieczna ze względu na miejscami słabą jakość asfaltu, stada zwierząt tuż przy jezdni, zatrzymujące się znienacka oraz skręcające często bez włączonego kierunkowskazu pojazdy. Ciekawostką było to, że na tym odcinku mijaliśmy bardzo dużo motocyklistów i nawet dużą zorganizowaną grupę z Polski z symbolem „WB” na przednich szybach.
Dzień skończyliśmy w „pocztówkowej” miejscowości Chefchaouen nazywanej niebieskim miastem.

Nocleg „z parkingiem” w centrum, który zarezerwowaliśmy online bez znajomości rzeczywistej topografii miasta, okazał się porażką – oddalony o 500 metrów od najbliższego publicznego placu parkingowego w okolicy, gdzie wszędzie jest stromo pod górę. Na szczęście booking.com ponownie zgodził się oddać już wpłacone pieniądze. Znaleziony już w terenie hotel „Esmeralda” (https://maps.app.goo.gl/JKFNjuh9YJYWtsDG6) okazał się wręcz ekskluzywny, ale motocykle musieliśmy odstawić do oddalonego nieco publicznego garażu (https://maps.app.goo.gl/yKaGCXi1UFXw5Qfu9).
Starówka niebieskiego miasta faktycznie robi imponujące wrażenie, w szczególności, gdy już nieco opustoszała wieczorem. Zrozumiałem, dlaczego w to miejsce trafia tak wielu turystów, a zdjęcia stąd są tak często w relacjach z Maroka.



Wieczór spędziliśmy w poleconej przez hotel restauracji „Triana” (https://maps.app.goo.gl/CrUppsPSGJAi91uMA), którą szczerze polecam.



22 marca – niedziela: powrót do Europy
Tego dnia musieliśmy już wracać do Malagi, więc konieczna była przeprawa promem przez Cieśninę Gibraltarską. Poprzedniego dnia zarezerwowaliśmy online prom ponownie operatora Baleària, najtańsza opcja była z miasta Tanger do Taryfy za około 215 zł za osobę z motocyklem.
Do Tangeru dojechaliśmy nieśpiesznie około południa i po odebraniu biletów pojechaliśmy jeszcze na kawę i naleśniki na ładny bulwar nad brzegiem Atlantyku. Wydaliśmy tam resztę gotówki, co okazało się słusznym pomysłem, bo przy kontroli celnej pierwszym pytaniem urzędnika było właśnie, czy nie wywozimy marokańskiej gotówki.
W kolejce do kontroli wyjazdowej mieliśmy niemiły incydent, bo gdy próbowaliśmy standardowo wyminąć kolejkę samochodów, to zostaliśmy przez jednego z kierujących ruchem brutalnie odesłani ponownie na jej koniec, mimo że inny zarządzający w uniformie z logiem operatora, u którego kupiliśmy bilety, wyraźnie wysyłał nas na początek. Nasze zdziwienie wywołał inny motocykl, który kolejkę ominął bez problemu. Wywiązała się z tego niepotrzebna dyskusja, która wtedy nic nie wyjaśniła. Gdy przeszliśmy całą procedurę celną i paszportową oraz skanowanie rentgenem pojazdów, to okazało się, że pojazdy dalej trafiają na jeden z wielu promów. Najwidoczniej nasz prom odpływał później niż inne, więc priorytetowo były traktowane pojazdy zmierzające na te wcześniejsze, co obsługa mogła nam delikatniej wytłumaczyć…


Prom ostatecznie odpłynął ze sporym opóźnieniem, ale płynął tak szybko, że na zewnątrz nie dało się stać, wewnątrz też momentami mocno bujało. Aplikacja „Sport Tracker” Darka pokazywała prędkość ponad 40 km/h. Wyładunek wąską rampą był chaotyczny: samochody z 3 rzędów chciały wyjechać jednocześnie i zmieścić się obok potoku pieszych z walizkami – wydawało się, że obsługa słabo nad tym panuje.
Po zjechaniu na ląd podjechaliśmy sobie jeszcze na plażę zobaczyć jeden z najpopularniejszych spotów kitesurferów w Europie.

Przelot do Malagi poszedł nam sprawnie, choć mieliśmy niespodziewane problemy z płaceniem na bramkach autostrad – po podjechaniu czytniki kart aktywowały się z dużym opóźnieniem, a w dwóch wypadkach nawet musieliśmy czekać na obsługę, żeby zapłacić.
Nocowaliśmy w hotelu „Cortijo Chico Málaga Airport” (https://maps.app.goo.gl/SPVbbtbS8CFRdwPS8) z podziemnym garażem na motocykle i oddalonym o 500 metrów od miejsca oddania motocykli w ich drogę powrotną na ciężarówce.

23 Marca – poniedziałek: powrót do Polski
Zaraz po śniadaniu oddaliśmy motocykle w umówionym miejscu. Waldek i Darek od razu odjechali Uberem na lotnisko, bo odlatywali po 10:00 do Wrocławia. Sławek i ja mieliśmy samolot do Warszawy po 15:00, więc wykorzystałem wolny czas do zwiedzenia centrum Malagi oraz przylegającej do niej twierdzy na wzgórzu, z której jest przepiękny widok na miasto i port.




Jadąc później na lotnisko doceniłem fakt, że można tam z centrum bardzo wygodnie dojechać koleją w niespełna 20 minut.
Podsumowanie
Wyjazd udał się znakomicie, pomimo że nie przejechaliśmy wszystkich zakładanych odcinków trasy TMT. Jestem zdania, że słusznie uznaliśmy, że lepiej było elastycznie dostosować się do zmieniającej się pogody oraz możliwości naszej grupy, niż zaliczyć 100% trasy na siłę i ryzykując nasze zdrowie i sprzęt. Ostatecznie straty ograniczyły się do złamanego lusterka w Nordenie, uszkodzonej obudowy zbiornika w KTM (nie miał gmoli…) i moich zgubionych gdzieś na pustyni okularów przeciwsłonecznych.
Koszty w Maroku były niskie, bo standardowo dziennie wydawaliśmy na nocleg z kolacją 300 MAD (około 120 zł), około 50 zł paliwo (około 14 MAD/l) i około 15 MAD (około 6 zł) na lunch złożony z chlebka lub bagietki i dwóch małych jogurtów + butelka wody 1,5 litra. Koszty w dużych miastach były wyższe, ale nadal korzystniejsze niż w Europie. Koszt całej imprezy jednak podniósł dojazd do Maroka: transport motocykla około 3200 zł, przelot samolotem około 1000 zł, prom nocny z Almerii do Nador z kabiną ok 540 zł i prom z Tangeru do Taryfy 215 zł. Zgrubnie licząc, mnie ta impreza kosztowała około 9000 zł. Waldka i Darka kosztowała więcej, bo za punkt honoru stawiali sobie szukanie napojów alkoholowych, a to w Maroku są drogie używki, droższe niż u nas: piwo kosztuje około 50 MAD, czyli około 20 zł.
Czy warto było? Zdecydowanie nie polecam wyprawy do Maroka początkującym motocyklistom, którzy nie byli jeszcze w Rumunii, na Bałkanach, czy w Alpach. To z tego względu, że po zobaczeniu atrakcji gór Atlas, pustyń, pięknych górskich dróg oraz klimatu Maghrebu tamte miejsca bledną i nie będą już taką atrakcją, jaką mogłyby być przed Marokiem 🙂.
Dla motocyklistów z większym doświadczeniem Maroko wydaje mi się idealną destynacją, która dodatkowo przez cieplejszy niż w naszej części Europy klimat pozwala znacząco wydłużyć sezon motocyklowy 🤟.
Wybierając się do Maroka trzeba pamiętać, że temperatury mogą się skrajnie różnić pomiędzy wysokimi górami a upalną pustynią i trzeba być na to przygotowanym. Ponadto standardy noclegowe mogą rozczarować bardziej wymagających podróżników.
Podobno jest takie powiedzenie, że Afrykę można kochać lub nienawidzić, to ja zdecydowanie skłaniam się do pierwszej opcji. Chociaż mam też wrażenie, że Maroko przez muzułmański charakter, wcześniejsze kolonialne wpływy Francji i bliskość Hiszpanii nie jest całkiem reprezentatywnym przykładem Afryki, więc jeszcze wiele jest przede mną do odkrycia – czego i Wam, czytelnikom mojego bloga, również życzę 🙂.
Do zobaczenia na trasie 🤟
